Nieuws

BBN PUBLIKUJE TWARZE KOMANDOSÓW. TUSK MOŻE POWIEDZIEĆ: KONIEC AMATORSZCZYZNY W SPRAWACH BEZPIECZEŃSTWA

To nie jest zwykła wpadka PR

Warszawa. Biuro Bezpieczeństwa Narodowego znalazło się w centrum burzy po publikacji zdjęcia, na którym widać odsłonięte twarze komandosów Wojsk Specjalnych i oficerów służb specjalnych. Według ustaleń Onetu fotografia została opublikowana w mediach społecznościowych BBN, a eksperci i byli dowódcy alarmują, że takie działanie może oznaczać ujawnienie wrażliwych danych ludzi, których tożsamość powinna być chroniona.

To nie jest drobna pomyłka graficzna. To nie jest literówka w komunikacie. To nie jest zdjęcie źle przycięte przez stażystę.

Chodzi o żołnierzy i funkcjonariuszy, którzy mogą brać udział w operacjach wymagających anonimowości, dyskrecji i ochrony rodzin. W takich sprawach państwo nie może działać jak przypadkowy fanpage, który wrzuca zdjęcia, bo „ładnie wyglądają”.

Twarze, których nie powinno być widać

Najbardziej uderzające jest porównanie z innymi publikacjami z tego samego wydarzenia. Gazeta.pl, powołując się na doniesienia Onetu, wskazywała, że zdjęcia z obchodów Święta Wojsk Specjalnych opublikował również Sztab Generalny Wojska Polskiego, ale tam część wizerunków została zamazana.

To pokazuje sedno problemu.

Skoro jedna instytucja potrafiła zachować ostrożność, a druga opublikowała materiał z widocznymi twarzami, to pytanie nie brzmi już tylko: kto wysłał zdjęcie?

Pytanie brzmi: dlaczego BBN nie miało własnego bezpiecznika?

Biuro Bezpieczeństwa Narodowego nie jest zwykłym biurem prasowym. To instytucja obsługująca prezydenta w sprawach bezpieczeństwa i obronności. Oficjalna strona BBN sama wskazuje, że biuro pomaga prezydentowi wykonywać zadania w zakresie bezpieczeństwa i obronności.

Tym bardziej trudno zaakceptować tłumaczenie, że zdjęcie przyszło od organizatora i nikt nie zgłosił zastrzeżeń.

„Dostaliśmy od organizatora” — obrona, która brzmi jak przyznanie się do problemu

BBN odpowiedziało, że otrzymało zdjęcia od organizatorów uroczystości Święta Wojsk Specjalnych, a organizatorzy nie zgłaszali zastrzeżeń do ich wykorzystania. Taką linię obrony przywoływał m.in. Bankier, opisując oświadczenie Biura.

Ale właśnie ta odpowiedź wywołuje największe oburzenie.

Bo państwowa instytucja odpowiedzialna za bezpieczeństwo nie może opierać się wyłącznie na tym, że „organizator nie widział przeciwwskazań”. BBN powinno mieć własne procedury. Własny filtr. Własną ocenę ryzyka. Własną listę pytań przed publikacją jakiegokolwiek materiału z udziałem żołnierzy sił specjalnych i funkcjonariuszy służb.

Czy twarze są zasłonięte?

Czy osoby na zdjęciu mogą być identyfikowalne?

Czy publikacja może zagrozić im lub ich rodzinom?

Czy materiał został sprawdzony przez właściwą komórkę bezpieczeństwa?

Czy ktoś formalnie zatwierdził publikację?

Jeżeli takich pytań nie zadano, problem jest poważny.

Kierwiński: wizerunek żołnierzy sił specjalnych jest chroniony

Na sprawę zareagował szef MSWiA Marcin Kierwiński. Według relacji medialnych mówił, że wizerunek żołnierzy sił specjalnych jest chroniony i nazwał to „abecadłem”.

I trudno o prostsze podsumowanie.

To naprawdę jest abecadło bezpieczeństwa. Nie trzeba być ekspertem od operacji specjalnych, żeby rozumieć, że twarz komandosa nie jest zwykłym elementem dekoracyjnym. To może być informacja operacyjna. To może być punkt zaczepienia dla obcych służb. To może być zagrożenie dla człowieka, jego rodziny i przyszłych działań.

Były żołnierz GROM Paweł Mateńczuk „Naval” komentował sprawę jako poważne faux pas. Media wskazywały, że ujawnienie twarzy żołnierzy jednostek specjalnych wywołało krytyczne reakcje ekspertów.

Tusk może uderzyć w najczulszy punkt: standardy państwa

Donald Tusk może w tej sprawie postawić bardzo prostą diagnozę: koniec amatorszczyzny.

Nie chodzi o to, czy ktoś w BBN miał złe intencje. Być może nie. Być może była to niefrasobliwość, pośpiech, zaufanie do materiałów od organizatora albo zwykły brak procedur.

Ale w bezpieczeństwie państwa brak złych intencji nie wystarcza.

Jeżeli efekt może być groźny, odpowiedzialność pozostaje realna.

Tusk może więc pokazać kontrast: rząd, który mówi o bezpieczeństwie, NATO, armii, procedurach i realnej ochronie państwa, oraz instytucję związaną z Pałacem, która publikuje zdjęcia tak, jakby zarządzała profilem wydarzenia lokalnego, a nie materiałami z udziałem żołnierzy specjalnych.

To politycznie bardzo mocne.

BBN nie może działać jak fanpage

Najbardziej brutalne zdanie całej sprawy brzmi: BBN nie może wrzucać zdjęć jak byle fanpage.

W fanpage’u błąd oznacza wstyd, usunięty post i kilka złośliwych komentarzy.

W instytucji bezpieczeństwa błąd może oznaczać ryzyko dla ludzi, operacji i państwa.

To zasadnicza różnica.

Jeśli BBN publikuje wizerunki osób, których twarze powinny być chronione, to nie jest „wpadka komunikacyjna”. To jest pytanie o kulturę bezpieczeństwa. O szkolenia. O obieg materiałów. O odpowiedzialność kierownictwa. O to, kto zatwierdza publikacje i według jakich kryteriów.

Grodecki pod presją

Bartosz Grodecki, szef BBN, znalazł się w sytuacji wyjątkowo trudnej. Bo niezależnie od tego, kto fizycznie kliknął „opublikuj”, odpowiedzialność polityczna i instytucjonalna spada na kierownictwo.

BBN powinno działać jako jeden z najbardziej wrażliwych punktów państwa. Jeśli tam brakuje procedur, to kryzys zaufania jest natychmiastowy.

Krytycy będą pytać: skoro nie potrafiono bezpiecznie opublikować zdjęcia, to jak wygląda kontrola innych informacji? Jak wygląda zabezpieczanie dokumentów? Jak wygląda praca z materiałami niejawnymi, półjawnymi, operacyjnymi lub wrażliwymi?

To pytania ostre, ale w pełni uzasadnione.

Prawica odpowie: atak na Pałac

Oczywiście obóz prezydencki i prawicowe media mogą próbować przedstawić sprawę jako polityczny atak rządu Tuska na BBN. Już pojawiły się głosy broniące Biura i sugerujące, że krytyka jest przesadzona albo instrumentalna. Prawicowy portal wPolityce pisał o „żenującej szarży na BBN” i zwracał uwagę na oświadczenie Biura dotyczące materiałów od organizatora.

Ale ta linia obrony ma słaby punkt.

Bo wizerunek żołnierzy sił specjalnych nie jest sprawą partyjną. To nie jest spór PO kontra PiS. To nie jest kolejna przepychanka o komunikat prasowy.

To jest sprawa bezpieczeństwa ludzi.

I właśnie dlatego każdy, kto próbuje sprowadzić ją wyłącznie do „ataku na Pałac”, ryzykuje, że sam wyjdzie na kogoś, kto nie rozumie wagi problemu.

Finał: państwo albo amatorszczyzna

Sprawa zdjęć opublikowanych przez BBN jest groźna nie dlatego, że jeden post wywołał burzę. Jest groźna dlatego, że pokazuje możliwą lukę w myśleniu o bezpieczeństwie na najwyższym szczeblu.

Jeśli twarze komandosów i oficerów służb specjalnych trafiają do sieci, a instytucja tłumaczy się tym, że dostała materiał od organizatora, to znaczy, że coś poszło bardzo źle.

Donald Tusk może dziś powiedzieć jedno: państwo musi działać według procedur, nie według przypadku.

BBN musi wyjaśnić, kto zatwierdził publikację, jakie procedury zawiodły i co zostanie zmienione, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła.

Bo bezpieczeństwo Polski nie zaczyna się od wielkich przemówień.

Zaczyna się od prostych zasad.

Nie ujawniaj ludzi, których masz chronić.

Nie publikuj materiałów bez kontroli.

Nie tłumacz braku procedur cudzą zgodą.

I nie udawaj, że w państwie odpowiedzialnym za bezpieczeństwo taki błąd jest tylko „wpadką PR”.

Czy BBN w końcu zacznie działać jak państwowa instytucja?

Czy nadal będzie politycznym show, w którym ryzyko ponoszą ci, którzy nie powinni być pokazani ani przez sekundę?

To pytanie zostaje dziś nie tylko z Grodeckim.

Zostaje z całym Pałacem.

LEAVE A RESPONSE

Your email address will not be published. Required fields are marked *