Kilometrówki, biura poselskie i pytanie, którego PiS nie chce słyszeć


Warszawa. Bartosz Arłukowicz ponownie uderza w sprawie Marcina Romanowskiego i Zbigniewa Ziobry. Jego apel jest prosty, ale politycznie bardzo bolesny: jeśli politycy przebywający poza granicami Polski pobierali publiczne pieniądze, rozliczali sejmowe kilometrówki, utrzymywali biura i korzystali z poselskich ryczałtów, prokuratura powinna jak najszybciej wyjaśnić, czy wszystko odbyło się zgodnie z prawem.
Bo tu nie chodzi już tylko o kolejną awanturę między rządem Donalda Tuska a dawnym obozem Zbigniewa Ziobry. Chodzi o pieniądze podatników. O przejrzystość. O standardy. O pytanie, czy poseł, którego od miesięcy nie ma normalnie w kraju i w pracy parlamentarnej, może nadal korzystać z publicznych środków tak, jakby wszystko działało zwyczajnie.
Według wyliczeń TVN24, opisywanych także przez Money.pl, działalność poselska Ziobry i Romanowskiego w latach 2025–2026 miała kosztować podatników ponad 1,1 mln zł. W tej kwocie pojawiały się m.in. wydatki na biura, przejazdy samochodem oraz inne koszty związane z wykonywaniem mandatu.
Arłukowicz mówi wprost: to trzeba wyjaśnić


Arłukowicz nie mówi, że wyrok już zapadł. Nie twierdzi, że wszystko było nielegalne. Stawia jednak pytanie, które w demokratycznym państwie powinno być oczywiste: jeśli polityk pełni funkcję publiczną i rozlicza pieniądze publiczne, obywatele mają prawo wiedzieć, za co dokładnie płacili.
W cytowanym w mediach społecznościowych apelu Arłukowicz mówił, że jeśli Romanowski i Ziobro pobrali publiczne pieniądze, rozliczając m.in. kilometrówki z Sejmu podczas pobytu poza granicami Polski, prokuratura powinna tę sprawę szybko wyjaśnić. Nazwał to „skokiem na pieniądze Polaków” — oczywiście jako polityczną ocenę, nie wyrok sądu.
I właśnie ta fraza może zostać z PiS na dłużej.
Bo „skok na pieniądze Polaków” brzmi wyjątkowo mocno w ustach polityka obozu rządzącego, gdy dotyczy ludzi, którzy przez lata przedstawiali się jako twardzi strażnicy prawa, moralności i publicznej uczciwości.
Ziobro i kilometrówki — liczby, które bolą


Najbardziej medialny jest wątek Zbigniewa Ziobry. Według analiz sejmowych rozliczeń opisywanych przez media, były minister sprawiedliwości miał rozliczyć ponad 45,5 tys. zł w ramach tzw. kilometrówki, czyli zwrotu kosztów przejazdów prywatnym samochodem związanych z wykonywaniem mandatu poselskiego. Wprost wskazywał, że ta kwota była bardzo bliska rocznemu limitowi, który pozwalał odzyskać niemal 48 tys. zł.
Do tego dochodzą inne wydatki. Wirtualna Polska pisała, że w ubiegłym roku Ziobro przeznaczył ponad 20 tys. zł z ryczałtu na biuro poselskie, m.in. na sprzęt elektroniczny, a utrzymanie jego biura kosztowało podatników prawie 46 tys. zł, mimo że polityk miał nie zatrudniać tam pracowników ani asystentów.
To właśnie takie szczegóły działają na opinię publiczną najmocniej. Bo przeciętny obywatel nie musi znać regulaminu Sejmu, żeby zadać proste pytanie: jeśli poseł nie pracuje normalnie w kraju, to za co dokładnie płacą podatnicy?
Romanowski i setki tysięcy na biuro


Równie mocno wygląda sprawa Marcina Romanowskiego. „Rzeczpospolita” pisała, że polityk PiS od grudnia 2024 roku przebywa poza Polską, najpierw na Węgrzech, a później prawdopodobnie w USA, a jednocześnie jego biuro poselskie przez cały ten czas otrzymywało środki z budżetu państwa.
Gazeta Prawna podawała z kolei, że biuro Romanowskiego rozliczyło w 2025 roku 281 439,93 zł z sejmowego ryczałtu. W tym samym tekście wskazywano, że podpis pod dokumentami miał przyjść zza oceanu, co tylko podgrzało pytania o realną działalność biura i zasadność wydatków.
Formalnie samo otrzymywanie środków na biuro poselskie nie musi oznaczać naruszenia prawa. Poseł ma mandat, biuro może działać, wyborcy mogą zgłaszać sprawy. Ale polityczny problem polega na czymś innym: jeśli poseł jest od miesięcy poza krajem, a opinia publiczna słyszy o setkach tysięcy złotych wydanych na działalność poselską, to transparentność przestaje być uprzejmą prośbą. Staje się obowiązkiem.
Tusk dostaje temat idealny
Dla Donalda Tuska to może być jeden z najprostszych i najbardziej nośnych tematów rozliczeniowych. Nie trzeba tłumaczyć skomplikowanych sporów konstytucyjnych. Nie trzeba wchodzić w wielopiętrowe konflikty o sądy. Wystarczy pokazać rachunek.
Kto płacił?
Za co płacił?
Gdzie byli posłowie?
Czy wykonywali mandat?
Czy biura działały realnie?
Czy kilometrówki odpowiadały faktycznym obowiązkom poselskim?
Czy podatnik ma prawo zobaczyć pełne rozliczenie?
To są pytania, które brzmią mocniej niż kolejna konferencja o „państwie prawa”. Bo dotyczą pieniędzy. A pieniądze publiczne zawsze działają na emocje wyborców.
PiS będzie mówić o zemście
Oczywiście prawica odpowie przewidywalnie. Będzie mówić o politycznym polowaniu, zemście Tuska, próbie upokorzenia ludzi dawnego obozu Zbigniewa Ziobry i medialnym spektaklu przed kamerami.
Ten przekaz trafi do twardego elektoratu. Ale ma jeden ogromny problem: nie odpowiada na najprostsze pytanie o rachunki.
Jeśli wszystko było legalne, trzeba to pokazać.
Jeśli biura działały, trzeba pokazać, jak.
Jeśli kilometrówki były uzasadnione, trzeba pokazać, za jakie przejazdy.
Jeśli pieniądze wydano zgodnie z przepisami, pełna transparentność powinna być korzystna także dla Ziobry i Romanowskiego.
Bo jeśli politycy są niewinni, przejrzystość nie powinna ich przerażać.
Od szeryfów do rozliczanych
Największy symboliczny ciężar tej sprawy polega na tym, kim są Ziobro i Romanowski. To nie byli zwykli szeregowi posłowie. To ludzie związani z Ministerstwem Sprawiedliwości, Funduszem Sprawiedliwości, twardą retoryką prawa, porządku i moralnej odpowiedzialności.
Przez lata ich środowisko mówiło obywatelom, że państwo musi być surowe. Że nie ma taryfy ulgowej. Że publiczne pieniądze trzeba chronić. Że „uczciwi nie mają się czego bać”.
Teraz te same słowa wracają jak bumerang.
Bo jeśli politycy, którzy budowali własną markę na rozliczaniu innych, sami mają tłumaczyć publiczne wydatki, kilometrówki i biura finansowane przez podatników, kontrast jest dla nich wyjątkowo bolesny.
Czy to tylko kilometrówki?
Największe pytanie brzmi: czy sprawa skończy się wyłącznie na rozliczeniach poselskich, czy stanie się częścią większej historii o finansowaniu ludzi dawnego układu?
Bo w tle mamy przecież szerszy obraz: Romanowski, Ziobro, Fundusz Sprawiedliwości, zagraniczne pobyty, pytania o koszty obrony, fundacje, biura poselskie i pieniądze publiczne. Każdy z tych wątków osobno może być tłumaczony formalnościami. Razem tworzą jednak obraz, który dla przeciętnego wyborcy wygląda coraz bardziej niepokojąco.
Nie chodzi o to, by wydawać wyroki przed prokuraturą.
Chodzi o to, by nie pozwolić, żeby publiczne pieniądze znikały w mgławicy regulaminów, ryczałtów i politycznych tłumaczeń.
Finał: transparentność albo kompromitacja
Apel Arłukowicza trafia w punkt, bo nie wymaga skomplikowanej odpowiedzi. Albo rozliczenia były zgodne z prawem, albo nie. Albo pieniądze publiczne zostały wydane uczciwie, albo Polacy mają prawo wiedzieć, kto korzystał z systemu mimo nieobecności w kraju.
Dla rządu Tuska to może być kolejny element większej opowieści o końcu świętych krów. Dla PiS — kolejna sprawa, której nie da się łatwo przykryć krzykiem o zemście.
Bo pytanie jest brutalnie proste:
czy poseł, który przebywa poza granicami Polski, może dalej rozliczać publiczne pieniądze tak, jakby normalnie wykonywał mandat?
Jeśli tak — pokażcie dokumenty.
Jeśli nie — oddajcie pieniądze.
A jeśli sprawa okaże się większa niż same kilometrówki, to PiS może mieć problem znacznie poważniejszy niż kolejna polityczna awantura.
Bo wtedy nie będzie już chodziło o narrację.
Będzie chodziło o rachunek wystawiony podatnikom.




